Zaskakująca Andora

/ Lipiec 13th, 2011 / Rozwój

Wczoraj wieczorem wracaliśmy z Francji do Andory.

Carcassonne było imponujące i monumentalne. Ale jeszcze bardziej klimatyczny był restaurator. Wyglądem bardziej przypominał podstarzałą wersję Kevina Kline z filmu „Francuski pocałunek” niż Szymona de Montfort. Z taką uroczopromilową pewnością siebie zachwalał „chickena”. Że też nie przypomniało mi się wówczas, że w Egipcie pod tym pojęciem krył się gołąb…

Potem wrócił i ślicznie gestykulując po angielsku pytał o stopień wysmażenia „kurczaka”. Taaa….

Stek był pyszny.

Trzy tygodnie temu śmiałem się w Bułgarii, że organizują tam Jeep Safari. Po co ruszać tyłek do Afryki. Atrakcja dla ciężko ruszających tyłkiem jest na miejscu. A cóż niespodziankowego czeka w pobliżu Carcassonne? Park Australijski. Kangury, strusie, dingo, rzuty bumerangiem. A ja uroczo potrąbiłem sobie na dwu i pół metrowym didgeridoo niczym młody bawół.

W górach, coraz bliżej Andory. Widoczki z małych miasteczek jak na zdjęciu. Minęliśmy pola winorośli i słoneczników.

Nim pojawiliśmy się w Andorra la Vella, najpierw była tam burza. Ślicznie błyszczało podkreślając kontury okolicznych gór.
Jesteśmy w stolicy i nagle zaczyna się lanie z cebra w takiej ilości, że wycieraczki naszego BMW nie nadążają zbierać wody. Niezwykłe uczucie. Przestajesz widzieć. Zatrzymujemy samochód. Po kilku minutach ulewa maleje, ale w całej stolicy kraju gasną światła… GPS prowadzi nas w zupełnej ciemnicy do naszego hotelu.

A nasz hotel ma własny generator prądu i jest w tym momencie jedynym budynkiem w okolicy gdzie można napić się gorącej herbaty.

Możesz też skomentować ten wpis na Facebooku

Dodaj komentarz